Historia jednego koca

Najpiękniejsze historie to te, które pisze samo życie. To one są dla nas źródłem inspiracji, od nich zaczynają się marzenia i plany. Ale przede wszystkim cenimy te historie, które uczą nas jak odnieść sukces i znosić porażki.

Dziś jedna z takich historii, które powstały podczas pracy nad projektem tworzenia marki. Celem jaki przyświecał nam przy pracy było stworzenie opowieści nie tylko o tym jak powstaje ręcznie robiony koc, ale przede wszystkim o tym czym jest wytrwałość w dążeniu do celu, o nauce na własnych błędach oraz o uważności i potrzebie odpoczynku. Z pewnością znajdą się też tam i inne wątki. Ale o tym przekonajcie się już sami ... zapraszam do lektury.

Przeglądając jak zwykle o poranku wiadomości na ekranie komputera, przeskakiwałam ze strony na stronę, pobieżnie czytając materiały. Do czasu. Na jednej ze stron z blogami znalazłam słowo wytrwałość, a dokładniej pytanie o wytrwałość - co sprawia, że ludzie są wytrwali i dążą do celu. Trudne. Może łatwiej odpowiedzieć raczej na pytanie co sprawia, że ja jestem wytrwała? Od razu przed oczami przewinął mi się kocyk, który jakiś czas temu robiłam na szydełku. Ale od początku. Potrzebowałam narzuty na łóżko a jakoś zupełnie nic nie podobało mi się w sklepie. Od czego jednak naturalna zdolność człowieka do bycia kreatywnym - zrobi sobie taki kocyk sama, pomyślałam.

Ochoczo zabrałam się do pracy, choć o włóczce i jej naprężeniu nie miałam zielonego pojęcia. Nie wiedziałam też nic o narzędziach oraz w jaki sposób je trzymać, aby nie zmęczyć za bardzo rąk przy pracy. Za to miałam popularny portal z filmami i instrukcjami odnoście dosłownie wszystkiego. Znalazłam parę filmów jak zrobić kocyk, zakupiłam moim zdaniem odpowiednią włóczkę oraz szydełko i zgodnie z instrukcjami z filmików zabrałam się do pracy. Po paru minutach miałam dość - nie tylko ze względu na plączącą się nitkę, denerwowało mnie przede wszystkim to żmudne wkuwanie się w oczko, liczeni słupków i półsłupków. Na domiar złego każde oczko wychodziło mi w innym rozmiarze. Skąd mogłam wiedzieć, że naprężenie włóczki jest tak istotne? Rzuciłam robótkę w kąt i poszłam robić inne rzeczy.

Po dwóch dniach jednak doszło do mnie, że zainwestowałam przecież już pieniądze no i trochę czasu, a poza tym nie pokona mnie dziwnie wyglądający mały patyczek i motek, który czasem służy do zabawy kotów. Jestem wojownikiem. Nie poddam się.

Zaczęłam od początku. Najpierw łańcuszek. Oczko za oczkiem. Każde innej wielkości. Pruję więc i zaczynam od początku. Po 10 minutach bolą mnie palce i nadgarstek. Zastanawiam się dlaczego. Oglądam jeszcze raz instruktarze i widzę, że zdecydowanie słabiej dziewczyny trzymają tam nitkę i mają bardzo płynne i elastyczne ruchy nadgarstka. Zaczynam od początku. Rozluźniam lewą rękę, delikatniej ujmuje nitkę, szydełko trzymam bliżej nasady. łańcuszek wychodzi idealny. Teraz kolejny rządek. Tym razem próbuje różnych technik owijania nitki wokół palca. Dopiero za trzecim podejściem udaje mi się znaleźć odpowiedni chwyt, żeby nitka była dobrze naprężona ale jednocześnie gładko sunęła po palcu. Teraz to tylko kwestia liczenia słupek, półsłupek, trafiam w co drugie oczko. Niestety kolejne rzędy falowały jak Ocean Spokojny w wietrzny dzień. No to pruję i zaczynam od nowa. Raz, dwa, siedem razy zaczynam od nowa. Jestem zmęczona. Odkładam robótkę. Wrócę do niej jak mi minie napięcie w barkach, czyli za dwa dni. Wracam i tym razem dużo spokojniej oplatam włóczkę wokół nadgarstka i palca. Może przerobię dziś mniej oczek, ale za to niczego nie spruję? ....

Historia ciągnie się jeszcze przez parę tygodni, a nawet miesięcy, bo każdy nowy ścieg to wyzwanie.

Dziś robienie kocyków, koców, narzut, pledów jest dla mnie nie tylko ogromnie relaksującą pracą, ale też i źródłem dochodów i przede wszystkim satysfakcji.

Jeżeli jesteś ciekawy jak potoczyła się dalej historia zapraszam do kontaktu. A może masz ochotę na stworzenie własnej? agata.staszewska@zmianatoproces.pl